Kurtka na wacie! Wciąż pamiętam słowo na przeprowadzkę. Może jest jeszcze dla mnie nadzieja? Że niby jeszcze się zbiorę i zacznę powtarzać japoński? Się zobaczy się.
Póki co jestem przeprowadzona jak babcia na drugą stronę ulicy. Wszystko leży na kupie. Kupa leży na podłodze. W okolicach piątku ma się zameldować van organizacji charytatywnej dealującej meblami i odebrać nasze (teraz już) całkiem zbędne graty.
Była ciocia Misia. Skorzystałam z okazji i przeciągnęłam bidulkę przez kawałek Londka. Ekspertem Londkowym nie jestem, węc to był naprawdę tyciusi Londkowy kawałek. Szkoda tylko, że było tak zimno – w lato zrobimy rundkę na ciepło. Mam nadzieję. I uwalimy się na ławce nad „Wisłą” i będziemy karmić łabędzie. A potem przeturlamy się przez Camden… Tak, mogę sobie robić plany.
Śpioszkowe śródsemestralne ferie się zaczęły. Trzeba rozpracować centralne ogrzewanie, żeby dziecku zaprogramować komfortowy tydzień. Póki co z lenistwa (nikomu się nie chciało przeczytać instrukcji od deski do deski) między okresami aktywności i nieaktywności kaloryferów dupki grzejemy na kocyku elektrycznym, którym wyścieliłam kanapę w livingroomie. A C/H da się zaprogramować szczegółowo na tydzień, więc siedzę (z dupką na kocyku elektrycznym) i przeglądam instrukcję jednym okiem. No leń, panie!
Muszę z tego miejsca pochwalić moje autko, które jest jak tardis. Z zewnątrz wydaje się tyciutkie, a przeprowadziliśmy nim prawie cały dom, oprócz 2 naprawdę dużych sprzętów. A, i druga pochwała – autko odpala bezproblemowo w tej naszej siarczyście mroźnej angielskiej zimie: -6. Gdyby nie fakt, że przy takiej temperaturze i wilgoci szyby zamarzają, to mogłabym nim od razu jechać. A tak muszę najpierw przez 10 minut szyby odmrażać. No cóż, globalne ocieplenie.
Blog mnie właśnie poinformował, że się wziął i wylogował, i nie zapisał całej notki. Cenna informacja, jest szansa, że nie zgubię efektów mojej jak zwykle bardzo ciężkiej pracy.